Musiałam napisać :) Chyba bym sobie tego nie darowała :) Napiszę po prostu - DZIĘKUJĘ! Dzięki Wam wróciły wspomnienia jak to było być dzieckiem. Nigdy nie zapomnę mojego podwórka. Była z nas niezła paczka. Dzieciaków mnóstwo. Tak się składało, że nigdy się nie nudziliśmy... i obyło się bez komputera i gier w sieci. Cały dzień "siedziało" się na podwórku i z płaczem szło na obiad, na który mama wołała z okna w kuchni:) I tradycyjne zdanie -"nie zjesz to nie wyjdziesz" - więc jadło się jak najszybciej (czasami udało się nie umyć rąk, bo wtedy szybciej wracało się z powrotem do reszty podwórkowiczów). Dzień wakacyjny na podwórku zaczynał się od ok 8, a kończył nawet ok. godz 23. Mamy się denerwowały, ale całe podwórko szło pod okno i błagało -"Proszę pani,proszę pani,jeszcze 10 min...". No ale wiadomo, kolacja była na stole i woda w wannie też już stygła, więc z miną w podkówkę a czasami nawet i z płaczem,wracało się do domu... A na podwórku zawsze było nas dużo, nawet 15 i więcej osób i to było niesamowite...i jak tylko kogoś widziało się w oknie to padało tradycyjne pytanie "wyjdziesz?". No i wiadomo, trzeba było zapytać mamy a potem to juz wiadomo... Mieliśmy zawsze głowy pełne pomysłow. Najczęstszą zabawą była gra w zbijaka i w państwa i miasta. Uwielbiałam podchody ale teren był ograniczony, bo mama nie pozwalała się oddalać od domu. Jak padał deszcz chowaliśmy się po klatkach i w kaloszach czakaliśmy az przestanie, żeby pochodzić po kałużach i porobić tamy. Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby pójść do domu na telewizję czy komputer. Byliśmy dziećmi,które potarfiły organizować sobie same festyny i nie potrzebowaliśmy pomocy dorosłych. Sami co roku urządzalismy śluby (zaraz potem rozwody:),wybory miss podwórka,dyskoteki do 22 w soboty, a także igrzyska letnie, gdzie skakało się w dal, biagało wokół bloku na czas czy ścigało się na rowerach. Do dziś nie zapomnę jak oberwało mi się za wyniesienie wszystkiej mąki i mleka w proszku, które wykorzystaliśmy do oznaczenia toru :) Dwa razy udało nam się zorganizować Dzień Matki. Ja nauczyłam się wiersza,ktoś inny coś zaśpiewał, a jeszcze inny pokazał zabawny skecz, który na podwórku był naszym hitem i to był właściwie nasz numer popisowy:) Skakanie w gumę, w sznura (dostaliśmy niesamowity sznur,coś jak lina do cumowania), skakało w niej po kilka osób jednocześnie, taki był długi i lepiej było nim nie oberwać:) Od samego uderzania o ziemię robiło się spore wyżłobienie w ziemi. Na dwa sznury też próbowaliśmy, ale były to wtedy pozwiązywane ze soba skakanki:) Kochałam badminktona. Byłam w niego dobra :) Za to inni lepiej "wisieli" na trzepaku i lepsi byli w skakankę. Wracając do gumy... chłopacy też grali, ale głównie w niej stali, bo nie zawsze chciało się nam grać w "Myszka Miki gra w guziki", gdzie osoby, ktore stoją w gumie wykonują 3 ruchy tak aby dziwacznie "splątać" gumę,a cała reszta ma przejść tak, żeby jej nie dotknąć. Nigdy się nie nudziliśmy i z wielkim żalem patrzę na "moje"puste podwórko, z którego mieszkańcy zrobili zwykły parking... Jest ładne podwórko obok, są dzieci, mają trawę i stoją 2 samochody na krzyż (Waryńskiego 13-można też wejść na nie od ul. Danusi). Może kiedyś tam dotrzecie:) Byłam na ostatnim kinie podwórkowym (ul. Jesionowa) ze swoją siostrzenicą. Ma 13 lat i była zachwycona bańkami. Podobali się jej walczący chłopacy, ale nie odważyła się zmierzyć z żadnym, bo jak powiedziała, nie ma takich rękawic jak oni:) Do filmu nie dotrwaliśmy, bo do domu miałysmy kawałek, a nie chciałyśmy wracać jak będzie ciemno. Dzięki Wam dzieją się rzeczy niezwykłe. Proste, ale niezwykłe. Dziękuję.
Kocham Wrzeszcz i cieszę że, że udało mi się przeczytać o Waszym projekcie. Pocztą pantoflową pójdzie dalej.:)
Kocham Wrzeszcz i cieszę że, że udało mi się przeczytać o Waszym projekcie. Pocztą pantoflową pójdzie dalej.:)
Pozdrawiam serdecznie.:) Ania(33)
0 komentarze:
Prześlij komentarz